Wyszłam wczoraj w nocy z psem. Nie było późno - jakoś przed pierwszą. Poszliśmy jedną z fajniejszych tras - wzdłuż Górczewskiej, w kierunku parku Moczydło. Było fantastycznie - cichutko, ciepło, ciemno... Liście szumiały, tu i ówdzie któryś opadł niespiesznie. Te pod stopami przyjemnie szeleściły. Taką jesień lubię.
Gdzieś na wysokości Syreny usłyszałam krzyki. Jakiś facet krzyczał, ale nie potrafiłam rozróżnić słów, dopóki nie podeszłam jeszcze bliżej.
- Ty kurwo! - ewidentnie był z tych bardziej elokwentnych. - Jak ci przypierdolę, to zobaczysz! - No a nie mówiłam?
Potem usłyszałam krzyk kobiety. Wybiegła zza winkla, a ja, sama nie wiem czemu, jakoś odruchowo, ściągnęłam smycz i schowałam się za budą z alkoholami [miejsce lepsze, jak każde inne :P]. Facet krzyczał do kobiety, żeby się zatrzymała, ona odkrzyknęła, że ma go w dupie, że ma jej dać spokój i biegła dalej...
I wtedy usłyszałam strzał. W życiu się tak nie bałam i tylko błagałam w myślach psa, żeby był cicho.
Kobieta padła na chodnik. Usłyszałam, że facet do niej podchodzi. Chyba był w szoku. Mamrotał coś pod nosem. W tym momencie postanowiłam wyjrzeć - najwyraźniej mój instynkt przetrwania trochę szwankuje, będę musiała udać się na jakiś przegląd, albo coś...
Wyjrzałam. Kucał nad kobietą i chyba próbował wyczuć jej tętno. Znów się schowałam i po kilku chwilach usłyszałam, że mężczyzna ucieka. Gdy kroki ucichły podeszłam do kobiety. Z trudem powstrzymałam Luxa przed wpakowaniem się w kałużę krwi, która z każdą chwilą stawała się coraz większa. Jej zapach unosił się w powietrzu. Nie miałam odwagi sprawdzić, czy żyje. Wyjęłam telefon i zadzwoniłam po policję. Potem usiadłam obok i czekałam.
Przyjechali po kilku chwilach w towarzystwie karetki. Nie pamiętałam, żebym dzwoniła po pogotowie, więc może oni to zrobili? Nie potrafiłam się skupić na pytaniach policjantów - patrzyłam jedynie na kobietę, która najwyraźniej żyła, bo jeszcze nie zasłonili jej prześcieradłem. Nie, wpakowali ją na nosze i odwieźli na sygnale. Może jednak powinnam była sprawdzić, czy ma tętno? Przykryć ją kurtką? Nie wiem...
A potem wszystko się skończyło. Światło na przejściu dla pieszych zmieniło się z czerwonego na zielone, Lucky z ekscytacją jęknął, że już musimy iść, wyrywając mnie tym samym z mojej makabrycznej fantazji. Liście pod stopami szeleściły przyjemnie, a mnie zlał zimny pot.
Zaczynają mnie przerażać moje własne sny i wyobrażenia...